MKTG NaM - pasek na kartach artykułów

Podsumowanie filmowe roku 2023: niektóre filmy zachwyciły, inne przeszły bez echa, a zdobywca Złotych Lwów wraca do kin z poczekalni

Henryk Tronowicz
Henryk Tronowicz
„Kos” to wypełniona wartką akcją i emocjami uniwersalna opowieść o ludziach, którzy w imię wolności i równości pokonali wzajemne uprzedzenia oraz dzielące ich różnice. Film w reżyserii Pawła Maślony zdobył aż 9 nagród – w tym tę najważniejszą: Złote Lwy podczas 48. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Widzowie w całej Polsce będą mogli zobaczyć go w kinach od 26 stycznia.
„Kos” to wypełniona wartką akcją i emocjami uniwersalna opowieść o ludziach, którzy w imię wolności i równości pokonali wzajemne uprzedzenia oraz dzielące ich różnice. Film w reżyserii Pawła Maślony zdobył aż 9 nagród – w tym tę najważniejszą: Złote Lwy podczas 48. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Widzowie w całej Polsce będą mogli zobaczyć go w kinach od 26 stycznia. mat. prasowe/ Fot. Łukasz Bąk
Zanim zaryzykuję parę słów z myślą o przyszłości polskiego kina, najpierw o małe pół kroku cofnijmy się do mijającego roku. Trzy miesiące temu w Gdyni odbył się doroczny festiwal polskich filmów fabularnych. Za dziełami rywalizującymi w konkursie głównym o zaszczytną nagrodę Złotych Lwów uganiały się nieprzebrane tłumy. Lał się festiwalowy miód. A teraz, po upływie kwartału?

"Kos" zdobył Złote Lwy w Gdyni. Wciąż jednak nie trafił do kin

Czy wielu z nas pamięta tytuł filmu, któremu w Gdyni przyznano zaszczytną Grand Prix? To pytanie się nasuwa, ponieważ nagrodzone dzieło na długo się zawieruszyło. Wedle dobrych tradycji festiwalowy triumfator parę dni po zakończeniu imprezy - powinien zalać ekrany kin calutkiego kraju. „Kos” podbił nie tylko serca jurorów konkursu, oprócz Złotych Lwów zdobył w Gdyni 3 laury regulaminowe oraz 5 nagród pozaregulaminowych, wśród nich Nagrodę Dziennikarzy (a krajową premierę - do której nie doszło - zapowiadano długo przed festiwalem). Tymczasem w mediach do niedawna panowała grobowa cisza.

Rywalizacja „Chłopów” z „Barbie”

Niekwestionowany sukces w konkursie odnieśli „Chłopi” Doroty Welchman i Hugha Welchmana. Film uhonorowano Nagrodą Specjalną oraz Nagrodą Publiczności. Dzień po festiwalu, „Chłopów” zgłoszono do Oscara, a w ciągu miesiąca od premiery, w kinach film obejrzało milion widzów (korzystniejszy rezultat osiągnęła jedynie „Barbie”).

Polskie debiuty z różnym efektem

Nie porwał tym razem widowni Jan Holoubek, twórca thrillera „Doppelgänger. Sobowtór”. Publicystyczną śmiałością odznaczał się film Grzegorza Dębowskiego „Tyle co nic” (Nagroda Złotego Pazura, nagroda za debiut reżyserski). Tu chciałbym się upomnieć o niedoceniony w konkursie film „Horror Story” - również debiut reżyserski - Adriana Apanela (wychowanka Gdyńskiej Szkoły Filmowej). Młody twórca dotknął współczesnego pospolitego absurdu, jaki panuje na polskim rynku pracy. Świeżo upieczony absolwent studiów bankowych szuka zatrudnienia i podchodzi do kolejnych ofert pracy (a tych w kraju podobno nie brakuje). Adept w rozmowach kwalifikacyjnych okazuje przyzwoitą orientację, a nawet intelektualną bystrość. A jednak klops!Uwagę w filmie zwraca aktor Jakub Zając, cenne odkrycie reżysera.

Forsowanie marginesu

Zastanawiamy się czasem, czy nasze kino narodowe można konfrontować z dokonaniami innych kinematografii? Porównania bywają zawodne. Nie będę tu się zajmować „modnym” i silnie forsowanym nurtem filmów poświęconych wielości płci. W perspektywie dziejów cywilizacji to domena dociekliwości naukowo-badawczej. Za to w kinie margines zainteresowania garstki widzów. Dzieł wielkiego formatu nie widać. Nie widać ich też w polskich kalkach kina ♯MeToo.

Faworyta króla

W kręgu faworytów światowego kina w minionym sezonie rozgłosem cieszyły się trzy, może cztery dzieła. „Napoleon” Ridleya Scotta, „Zmierzch krwawego księżyca” Martina Scorsese, „Oppenheimer” Christophera Nolana i „Kochanica króla”. To czwarte w reżyserii Maĩween, która u boku Johnny’ego Deppa, jako króla Ludwika XV, zagrała jego faworytę. Nie ożywiła postaci osowiałego monarchy. Na ekranie kompletnie zawiedli oboje. Do życzenia pozostawia także wiele, artystyczny zamach Ridleya Scotta na Napoleona Bonaparte. Ktoś słusznie zauważył, że trudno wymagać od aktora Joaquina Phoenixa, 50-latka, żeby przypominał 24-letniego herosa. Lista historycznych nieścisłości w portretowaniu cesarza Francji, reżysera kompromituje. Kino historyczne niegdyś budziło ciekawość rozmachem inscenizacyjnym, oprawą scenograficzną, aktorskimi kreacjami wysokiej próby. Dzisiejszą widownię trudno zaczarować pikantnymi dykteryjkami z arystokratycznego kociołka.

Oppenheimer w opałach

A jednak wspomniane filmy odnosiły sukcesy frekwencyjne. Szczególnie „Oppenheimer”, który utrzymywał się w kinach przez długie tygodnie. Dzisiejsze groźby użycia broni nuklearnej mocno w świecie rezonują. Mało istnieje w kinie dzieł biograficznych tak doskonale udokumentowanych, jak „Oppenheimer. Reżyser - warto o tym wspomnieć - swój trzygodzinny film nakręcił na podstawie liczącej 600 stron książki „Oppenheimer - triumf i tragedia ojca bomby atomowej” opracowanej przez Kai Birda i Martina J. Sherwina.

Zaznaczam to, bo bez znajomości tego tomu trudno pojąć wyjątkową złożoność życiorysu Oppenheimera i problemów politycznych, przed jakimi po wojnie postawili go oponenci. Jedno jest pewne. W naszej dobie złożoność ta nabiera innych fatalnych znaczeń, które wyznacza złowroga data 22 lutego 2022 r.

De Niro i DiCaprio

Martin Scorsese raz jeszcze zaskoczył. „Zmierzch krwawego księżyca”, adaptację reporterskiej książki Davida Granna skroił wedle żelaznych reguł dawnego kina klasycznego. Konwencja się sprawdza doskonale. Historię mordów na rdzennych Amerykanach przed stu laty w północnej Oklahomie, Scorsese zaangażował dwu sławnych gwiazdorów, z którymi wcześniej już parokrotnie pracował - Leonarda DiCaprio i Roberta De Niro. Filmowane z ich udziałem zdarzenia tragiczne, trzymają widza przez trzy i pół godziny w napięciu, ale wstrząsanie nieczystym sumieniem yankeskich przestępców łagodzi twórca pokerowymi zagraniami tych dwóch aktorów.

Niedorzeczne szaleństwa

Kino od zawsze powodzenie zawdzięczało pokoleniom wchodzącym w życie. Z młodzieżowego infantylizmu oczywiście się wyrasta. Można się z niego natrząsać, ale w każdej generacji upodobania dyktują inne pasje i obsesje. Młodzieży dzisiejszej nie intryguje estetyka w dawnym rozumieniu, poetyka Antonioniego, Kurosawy czy Godarda. Tylko czy tak samo nie było też dawniej? Wyczyny Johna Cleese’a, Louisa de Funesa i Jasia Fasoli bawią coraz mniejszy odłam widowni? Widzowie dojrzali oddzielają ziarno od plewy. Płoche dzieweczki, spragnione widoku spektakularnego, choćby skrajnie niedorzecznego szaleństwa, uwielbiają „Barbie”.

Laureat ma mieć premierę

Toteż panikę odrzućmy. Tym bardziej, że pojawiła się dobra nowina. Odnalazł się zdobywca Złotych Lwów z Gdyni! Mówię o filmie „Kos” Pawła Maślony. Flm o Tadeuszu Kościuszce, będący autorstwem producentów „Bożego Ciała” i „Żeby nie było śladów”, trafi do kin 26 stycznia 2024 roku. Inna rzecz, jak dzieło - po kilkumiesięcznej pauzie - będzie odczytywany teraz, kiedy rzeczywistość znów zafurczała?

Czterech majstrów

Myśląc zaś o przyszłości kina nad Wisłą, pozwolę sobie zaadresować pytanie do czterech filmowych polskich majstrów - Juliusza Machulskiego, Wojciecha Marczewskiego, Marka Koterskiego i Władysława Pasikowskiego. Dlaczego od lat nie kręcicie filmów? Panowie, do dzieła!

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wideo
Wróć na leba.naszemiasto.pl Nasze Miasto